Jak rodzą się plotki? Każdy wie. Plotki się rodzą na wszelkie sposoby, m.in. przez telefon.
Niedawno miałam krótką wymianę sms-ów z przyjaciółką. Na moje pytanie o to, co u niej słychać, otrzymałam odpowiedź: „Ząbki kolejne, katar do pasa, marudzenie i nieprzespane noce. Właśnie szykujemy się na krótki spacer”. Odpisałam, że współczuję, i że my też „już świrujemy”. Na moje słowa przyszło bezbłędne rozpoznanie: „Ojej... Macie areszt domowy z powodu...”. „Wielodzietności” – odpowiedziałam i zamieściłam rozbawioną (tym żartem) i puszczającą oko buźkę. Kilkadziesiąt minut później odebrałam połączenie telefoniczne od tejże przyjaciółki z gratulacjami i dobrą, lekarską radą. Zaśmiałam się serdecznie, bo pisząc, że w tym czasie „doskwiera mi” wielodzietność, miałam na myśli to, że u nas każdy ma jakiś trud i niełatwe jest to do zniesienia pod jednym dachem. Tymczasem koleżanka, przyzwyczajona do ciążowych nowin z naszej strony, odczytała tę nieprecyzyjną informację na swój sposób. Ba! Zdążyła odmówić w naszej intencji Różaniec na spacerze, kierując swe kroki do kościoła.Tym razem fałszywe domysły nie powędrowały w świat, jedynie do Nieba. Nie zawsze jednak komunikuję się z osobami dyskretnymi.
Prócz trudu komunikacji doświadczam również szerzącej się niedbałości językowej. Smutne jest to, że nasz słownik ubożeje, jak również to, że dane słowo coraz rzadziej jest wiążące. Ale o zjawisku dewaluacji słowa więcej wiedzą językoznawcy.
A cóż mogę ja? Mogę wiele. Czytać klasykę literatury, najlepiej na głos, żeby i dzieci słyszały. Ważyć słowa. Dotrzymywać słowa. Kierować odpowiednie słowa i do odpowiednich ludzi. Wytłumaczyć albo dopytać o niejasności. Częściej milczeć. Nie rzucać słów na wiatr ani w wirtualną przestrzeń. Częściej zaprosić gości, umówić się z koleżanką na mieście i zatrzymać na chwilę zasłuchania, zapatrzenia i łyk herbaty.
Wanda Mokrzycka Żona Radka, mama dziewięciorga dzieci. Należy do wspólnoty Duży Dom i pisze dla Aleteia Polska
Bp Adam Bałabuch wraz z siostrą Anną podczas uroczystości pogrzebowych mamy śp. Wacławy
W ciszy rodzinnego domu dojrzewało życie, które przyniosło owoc dla całego Kościoła. W czwartek 12 lutego br. w Ścinawce Średniej Kościół żegnał śp. Wacławę Bałabuch, mamę biskupa pomocniczego diecezji świdnickiej bp. Adama Bałabucha.
W kościele św. Marii Magdaleny przy jednym ołtarzu stanęli biskupi i kapłani, by nie tylko sprawować żałobną Eucharystię, ale i okazać braterskie wsparcie synowi przeżywającemu stratę matki. Liturgii przewodniczył bp Marek Mendyk, a homilię wygłosił bp senior Ignacy Dec. Obecność bp. Piotra Wawrzynka z Legnicy i bp Rudolfa Pierskały z Opola oraz blisko stu kapłanów była wymownym znakiem jedności Kościoła – wspólnoty, która w godzinie bólu staje razem.
Wyobraź sobie lekarza, który mówi: „Najważniejsze, żeby zbić gorączkę… a przyczyna? - nieważna”. Brzmi jak żart? A teraz powiedz szczerze: czy my czasem nie robimy dokładnie tego samego z własną duszą?
Opowiem Ci historię człowieka, który miał otwarte drzwi wolności, a jednak przez 10 lat nie umiał wyjść… oraz moment z mojego dzieciństwa, kiedy byłem „idealny” tylko dlatego, że bałem się reakcji surowego wujka — a gdy drzwi się zamknęły… powiedziałem: „No, teraz już mogę”.
„Spierał się z Darwinem, Freudem, Marksem i Szatanem. Nacierał uszu demokratom za lekceważenie demokracji, ganił kapitalistów za chciwość, a cały Zachód za to, że dawał komunizmowi szansę na rozwój przez lekceważenie własnej wiary chrześcijańskiej” – tak Fultona Johna Sheena scharakteryzowano w magazynie Time.
Na początku lat 50. XX wieku amerykańska telewizja wchodziła w swój złoty wiek, który trwał kolejne dwie dekady. Nigdy wcześniej ani nigdy później telewizja nie wpływała tak znacząco na kulturę i sposób życia zwykłego Amerykanina. Srebrny ekran kształtował to, jak społeczeństwo postrzegało rodzinę, miłość, politykę i inne aspekty życia – nawet normy społeczne. Telewizja stała się w pewnym sensie medium „totalnym”, formując amerykańskie umysły bardziej, niż współcześnie czyni to internet. Powstające wówczas seriale i programy były starannie produkowane, miały dobrze napisane scenariusze, wybitnych aktorów i reżyserów, dominowała jednak wśród nich tematyka rozrywkowa – z jednym wyjątkiem. Nowojorski biskup, który wytykał Amerykanom grzech, mówił im o obowiązkach wobec Boga i rodziny, ganił komunistów i z chrześcijańską miłością modlił się na antenie za Hitlera i Stalina, gromadził każdego tygodnia przed odbiornikami miliony widzów. Był to paradoks tamtych czasów, że z najpopularniejszymi programami rozrywkowymi mógł konkurować pod względem oglądalności tylko katolicki biskup. Fulton John Sheen stał się swego rodzaju telewizyjnym celebrytą, a w 1952 r. otrzymał nawet Nagrodę Emmy – telewizyjnego Oscara – dla „Najbardziej Wybitnej Osobowości” srebrnego ekranu. Jego audycje i książki były rozchwytywane nie tylko przez katolików. Również dziś, ponad cztery dekady od jego śmierci, książki bp. Sheena błyskawicznie znikają z księgarskich regałów. Jak osoba ta zdobyła rozgłos? Dlaczego bp Sheen nadal jest tak popularny, również w Polsce?
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.